Ectaco JetBook Color

Pierwszy kolorowy czytnik książek w technologi E Ink- recenzja.

Rogue Trader

Epicka przygoda przestrzeni kosmicznej

Twilight Imperium 3rd Edition

Legendarna strategia planszowa w klimatach sf.

Dungeons and Dragons: Castle Ravenloft - gra planszowa

Zamkowe lochy i koszmarne monstra

29 marca 2012

Dark Heresy: Book of Judgement - Recenzja

Book of Judgement to rozszerzenie do systemu fabularnego Dark Heresy osadzonego w realiach Warhammera 40.000. Książka ta skupia się na działalności Adeptus Arbites, czyli imperialnego wymiaru sprawiedliwości i służb porządkowych. Przyznam szczerze, że nie byłem zbyt zainteresowany tym dodatkiem i zastanawiałem się, czy warto nawet go kupować. Zmieniło się to jednak, gdy rozpocząłem jego lekturę. To czego pierwotnie sobie nie uświadamiałem, to możliwości fabularne jakie niesie ze sobą ten tytuł, no ale zacznijmy od początku.

Book of Judgement jest suplementem pozwalającym graczom wcielić się z większym powodzeniem w Adeptus Arbites w służbie Inkwizycji oraz nadać wagi i głębi działaniom Arbitrów. Niejako „produktem ubocznym” tego dodatku jest jednak wystarczająca ilość materiałów do stworzenia własnej, niezależnej kampanii nie związanej z Inkwizycją. Dzięki Book of Judgement gracze mogą wcielić się w różnorakich stróżów prawa i rozegrać prawdziwie detektywistyczne i kryminalne scenariusze w świecie Warhammera 40.000. Właśnie to najbardziej przypadło mi do gustu.

W pierwszym rozdziale zapoznajemy się z podstawowymi informacjami na temat Adeptus Arbites, ich działalności, możliwości i organizacji. Wyraźnie zaznaczono, iż instytucja ta ,to nie to samo co zwykła policja. Nie zajmują się oni zwykle tak codziennymi sprawami jak kradzieże, morderstwa, porwania itp. Co nie oznacza, że nie poproszeni, lub zainteresowani nie zajmą się takimi zdarzeniami. Ich prawdziwa jurysdykcja zaczyna się jednak gdy ktoś popełni wykroczenie przeciwko komuś służącemu w wielkiej machinie imperialnej, komuś z Adeptus.

Wystarczy, że będzie to niewielka szrama, wypadek, nawet coś niewielkiego, wszystko co przydarzy się osobom chronionym prawem imperialnym staje się interesem Arbitrów. Ich obowiązkiem jest też szukanie ewentualnych herezji, tłumienie zamieszek i przyglądanie się działalnością gubernatora planety.  Skoro mowa o prawie, to temat ten również został poruszony. Lex Imperialis jest czymś sztywnym i surowym. Za większość wykroczeń grozi tylko jednak kara, śmierć, różnic się może rodzaj, szybkość i bolesność wyroku, ale rzadko sam efekt końcowy.

Przedstawione są najważniejsze postacie takie jak Lord Marshall Goreman, główna figura w świecie Adeptus Arbites w sektorze Calixis. Jest on głową całej organizacji i to od niego zależny to w jaki sposób ona funkcjonuje. Przedstawione zostają główne miejsca sektora, w których znajdują się miejsca najważniejsze dla stróżów imperialnego prawa. Siedzibą Adeptów Arbites jest Scintilla, tam tez znajduje się ich najwięcej. Poza tym opisano również dwa inne miejsca, gdzie wykonywanie obowiązków stróżów prawa jest znacznie bardziej skomplikowane. Gunmetal City oraz planeta Iocanthos. W tym drugim przypadku Arbites zmieniają się w wędrowców, strażników przemierzających pustkowie planety w ślad za wojskami dominującego klanu.

Z ciekawych nowości dodatek ten przybliża informacje na temat Serwitorów pomocnych Adeptom w ich pracy, Są to cyber-mastify i grapplehawks. Są one częściowo Lub niemal całkowicie zrobotyzowanymi zwierzętami, których umiejętności stają się bardzo przydatne w trakcie pościgu lub tropienia podejrzanego. Można również zapoznać się z informacjami na temat calixiańskiego podziemia przestępczego. Niektóre z przedstawionych organizacji opisane były już w innych dodatkach, tak jak na przykład The Beast House, inne z kolei są zupełnie nowe.

Standardowo w książce znajduje się rozdział dotyczący nowych zdolności i rozszerzeń karier postaci. Wśród nowych dostępnych archetypów znajdują się postacie odpowiedzialne za śledztwa, znajomość prawa, opiekę nad serwitorami (Cyber-mastiff Handler), detektywi, zbieracze danych, śledczy i koronerzy (można pokusić się o zrobienie przygody w klimatach serialu Bones) oraz bardziej fizyczni stróże prawa. Brak jest natomiast specjalizacji dla psionika. Jak widać nie został on uwzględniony w działalności Adeptus Arbites (co nie do końca pokrywa się z wizją świata przedstawiana w niektórych książkach fabularnych dotyczących Warhammera 40k).

Book of Judgement tak jak prawie każe inne rozszerzenie prezentuje nowy arsenał broni i wyposażenia dla graczy. Tym razem są to przykłady sprzętu typowego dla policji, zatrzymywania podejrzanych, tłumienia zamieszek i zbierania dowodów na miejscu zbrodni.  Poza tym w rozdziale znajduje się także dość duża lista użytecznych serwitorów.


Rozdział IV tego dodatku skupia się na  mechanice śledztwa i wykorzystaniu tego wątku w przygodach. Autprzy przedstawiają różnorakie sugestie, elementy śledztwa, sposoby w jaki łączyć je w jeden logiczny ciąg wydarzeń. Widać, że starali się aby zdolności detektywistyczne mogły zostać wykorzystane w pożyteczny sposób. W rozdziale tym znajduje się dość dużo tabelek (naprawdę sporo), za pomocą których można stworzyć rozmaite kombinacje zdarzeń, tajemnic, dowodów, przestępców i rozmaitych wskazówek. Z jednaj strony można uznać to za dobry krok pozwalający na oszczędzenie czasu, z drugiej jednak jest to pełne prowadzenie „za rękę” i niektóre z wyborów  powodują czasem różne dziwne wyniki.

Kolejna cześć podręcznika przybliża najniebezpieczniejsze indywidua w sektorze i to jakie zagrożenia mogą Stanowic dla jego mieszkańców raz prawa imperium. Niektóre z postaci są ciekawe,jednak wydaje mi się, iż kilka z nich zostało upchniętych na siłę. Dobrze, że chociaż tutaj pojawiają się jednak Adventure Hooks. Ostatnim rozdziałem jest przygoda zatytułowana Jurisdiction, zaprojektowana dla graczy o dość niskich rangach (planowo pomiędzy pierwszą a trzecią). Przygoda jest nieźle rozpisana i stanowi w sumie przyzwoite zamknięcie całkiem dobrego dodatku. 
 
Book of Judgment wyniosło się dość wysoko ponad moje oczekiwania (zwłaszcza ze nie spodziewałem się po tym tytule zbyt wiele). Jest to kompendium przydatnych informacji nie tylko dla grupy grającej adeptami Inkwizycji, lecz również dla graczy i mistrza chcących spróbować czegoś nowego, bardziej w stylu klasycznej powieści detektywistycznej. Jedyne czego mi brakowało w trakcie lektury to ramek zawierających ewentualnych scenariuszy. Ostatecznie jednak zdecydowanie polecam Book of Judgment jako jeden z lepszych dodatków do systemu Dark Heresy.'

Autor: M.K.




Logotypy oraz materiały identyfikacyjne produktów linii wydawniczej Warhammer są własnością ich twórców

27 marca 2012

Steven Erikson i dark fantasy - recenzja cyklu

Dawno, dawno temu żył sobie chłopiec, który marzył o tym, by zostać niepokonanym wojownikiem i dowódcą imperialnych wojsk. Po latach trudów i wyrzeczeń został nareszcie kapitanem elitarnej jednostki armii cesarzowej. Jednak zanim zdążył spotkać się ze swoimi żołnierzami − zginął, ugodzony nożem w ciemnej uliczce. 
  
Malazańska księga poległych, czyli w poszukiwaniu skradzionego czasu

Malazańska księga poległych Stevena Eriksona  często zaliczana jest do podgatunku określanego jako dark fantasy. Fabuła tego monumentalnego, dziesięciotomowego cyklu (do którego zaliczyć można by również powieści Iana Camerona Esslemonta), obfituje w podobne do opisanego wyżej wydarzenia, które nijak się mają do rozwiązań fabularnych charakterystycznych dla fantasy spod znaku Tolkiena. Eriksonowi bliżej jest do dekonstrukcyjnej maniery i szyderczych przejaskrawień George’a R.R. Martina. Erikson idzie jednak o krok dalej niż Martin.  

Malazańska księga poległych to przykład dekonstrukcji totalnej, rozprawiającej się z typowymi dla fantasy schematami jeden po drugim. Co więcej, nic u Eriksona nie jest oczywiste, a rozwiązania poszczególnych wątków nieraz zaskakują czytelnika. Nie chcąc zdradzać szczegółów fabuły, wspomnieć mogę jedynie, że śmierć nie kończy wcale wątku pechowego kapitana…

W świecie wykreowanym wspólnie z ICE, Steven Erikson odmawia czytelnikowi poczucia bezpieczeństwa wynikającego z przewidywalności, która często towarzyszy literaturze gatunku.  Malazańska księga poległych przełamuje charakterystyczne dla fantasy schematy. Kobiety służą w wojsku na równi z mężczyznami, bogowie muszą liczyć się ze śmiertelnikami, a dobre chęci w połączeniu z heroiczną postawą rzadko bywają gwarantem sukcesu. Co więcej, każdy z bohaterów może zginąć − nierzadko w sposób przypadkowy i (wydawałoby się) bezsensowny. 

Erikson nie oszczędza ani swych postaci, ani samego czytelnika. Naturalistycznie opisane okropieństwa wojny, nieszczęścia i niesprawiedliwości dosięgające nie tylko dzielnych wojowników, ale także przypadkowe ofiary (często kobiety i dzieci) − wszystko to znajdziemy w Malazańskiej księdze poległych. Mamy jednocześnie do czynienia z realizmem psychologicznym wysokiej próby − brak u Eriksona jednoznacznego, czarno-białego podziału na „dobro” i „zło.” Złożoność motywacji licznych postaci (zwłaszcza antagonistów) jest niemalże bezprecedensowa: zarówno zakrojone na szeroką skalę konflikty zbrojne, jak i osobiste zatargi bohaterów trudno poddać jednoznacznej ocenie moralnej.  

Epickie − w pełnym znaczeniu tego (zdewaluowanego ostatnimi czasy) słowa − wydarzenia Malazańskiej księgi poległych opisane są w mistrzowski sposób. Erikson udowadnia, że fantasy nie musi być jałową pisaniną, służącą jedynie jako środek przekazu treści. Jako absolwent kursu Iowa Writers Workshop, autor „Malazańskiej księgi poległych” sztukę pisania ma opanowaną do perfekcji. Niestety, polskie tłumaczenie w ogóle nie pozwala tego docenić.  Można mu zarzucić nie tylko brak adekwatnego odzwierciedlenia ducha oryginału; jest również pełne językowych kuriozów (Whiskeyjack jako „Sierżant Sójeczka” to tylko jeden z licznych przykładów). Jednym słowem - mocno odradzam czytanie Malazańskiej księgi poległych w polskim przekładzie. Żeby w pełni cieszyć się dziełem Eriksona, należy zaopatrzyć się w oryginalną, anglojęzyczną wersję cyklu.

Steven Erikson i Ian Cameron Esslemont

Koncepcja świata przedstawionego w cyklu powstała w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Erikson opracował ją wspólnie z Ianem Esslemontem podczas sesji rpg z wykorzystaniem mechaniki GURPS. Świat Malazańskiej księgi poległych to cztery kontynenty, których historia sięga setek tysięcy lat. Ludzie są tylko jedną z ras zamieszkujących to złożone uniwersum. Czytelnik poznaje również nieumarłych T’lan Imass, dzieci ciemności Tiste Andii, potężnych Jaghut oraz mających więcej wspólnego z gadami niż z ludźmi K’Chain Che Malle. Historia konfliktów pomiędzy poszczególnymi rasami stanowi istotny punkt odniesienia dla wydarzeń przedstawionych w głównym wątku fabularnym cyklu.

W przeciwieństwie do realistycznie opisanego świata George’a Martina, uniwersum Eriksona jest pełne magii, z której bohaterowie robią częsty użytek. Zasady jej działania są przedstawione w sposób zarówno ciekawy, jak i przekonujący: czarodzieje posługują się magicznymi kanałami (w polskim tłumaczeniu niefortunnie określanymi jako "nory" "groty"), z których każdy funkcjonuje według własnych zasad. Na przykład, Thyr to kanał ognia, Mockra zaś pozwala na manipulację ludzkim umysłem. 

W sprawy śmiertelników mieszają się również liczni bogowie, których interwencje równie często szkodzą, co pomagają bohaterom „Malazańskiej księgi poległych.” Co ciekawe, bogowie przedstawieni są jako istoty bardzo podobne do ludzi: są ambitni, popełniają błędy i rywalizują ze sobą niczym istoty im podległe. Pod tym względem dzieło Eriksona bardziej od niektórych powieści fantasy przypomina klasyczne mity. Niebagatelną rolę odgrywa również fakt, że bogowie nie są nieśmiertelni − gdy materializują się w świecie śmiertelników, może ich zabić nawet zabłąkana strzała.

Steven Erikson i George R.R. Martin

Siłą Malazańskiej księgi poległych jest niewątpliwie sposób budowania postaci i opisy ich zmagań z losem. Mimo że często porównuje się go z autorem Pieśni lodu i ognia, Erikson prowadzi swoją narrację zupełnie inaczej. . Podczas gdy Martin posługuje się na przemian punktem widzenia kilku bohaterów, Erikson ma ich co najmniej kilkunastu. Każda część cyklu wprowadza nowe mniej lub bardziej kluczowe dla fabuły postaci, przy czym każda z nich jest interesująca w swojej oryginalności. 

Charakterystyka bohaterów jest również zupełnie inna. Martin spory nacisk kładzie na ukazanie przemyśleń postaci i ich wewnętrznych motywacji, podczas gdy Erikson zdecydowanie rzadziej daje czytelnikowi wgląd w myśli swoich bohaterów. Częściej posługuje się samymi opisami ich działań oraz reakcji na (często dramatyczne) wydarzenia, co przywodzi na myśl „mangowy” styl prowadzenia narracji. Nie oznacza to jednak, że z bohaterami trudno się identyfikować. Wręcz przeciwnie − w Malazańskiej księdze poległych każdy czytelnik szybko znajdzie swoich ulubieńców.

Sama fabuła, obfitująca w niespodziewane wydarzenia i nagłe zwroty akcji, nie pozwala odłożyć książki. Sprowadza się do opisania losów jednostek wprzęgniętych w dziejową maszynę. Przez większość czasu towarzyszymy żołnierzom Malazańskiego Imperium i jesteśmy świadkami otaczających ich wydarzeń. Uwielbiany przez podopiecznych zdegradowany dowódca, tajemniczy mag czy opętana przez złośliwego boga dziewczynka-skrytobójczyni to tylko niektóre z postaci, z którymi przyjdzie się nam zapoznać. Warto tutaj zaznaczyć, że Erikson nie ogranicza się jedynie do ludzkiego punktu widzenia, zaś ludzkie plany i ambicje ukazane są jedynie jako część monumentalnej w założeniu historii.


Steven Erikson i skradziony czas

Moje pierwsze zetknięcie z cyklem Eriksona było trudne. Jak często wspominają fani Malazańskiej księgi poległych, w pierwszej części nie można się spodziewać łagodnego, stopniowego wprowadzenia w świat przedstawiony. Czytelnik z miejsca zostaje wrzucony na głęboką wodę − staje się świadkiem wydarzeń, których podłoża sam musi się stopniowo domyślić. Kiedy jednak zorientuje się już nieco w zagmatwanej i złożonej fabule, może zapomnieć o odłożeniu książki na półkę. 

Uporanie się z dziesięcioma powieściami, które liczą sobie po tysiąc stron, zajęło mi „zaledwie” pięć miesięcy. Erikson zapewnia rozrywkę na najwyższym poziomie, dając jednocześnie możliwość głębszej interpretacji jego powieści. Jego największym atutem jest umiejętność sięgnięcia poprzez gatunkowe klisze do autentycznego ludzkiego doświadczenia. (Anty)bohaterowie Malazańskiej księgi poległych to ludzie z krwi i kości. Jak wspomniany na początku recenzji kapitan, są nieraz jednocześnie odważni i ambitni, ale i omylni czy nękani wątpliwościami. 

Dzieło Eriksona nierzadko odwołuje się do zjawisk socjohistorycznych, takich jak mechanizmy rządzące władzą, polityka kolonialna, ludobójstwo czy niewolnictwo. Porusza również zagadnienia filozoficzne − często jesteśmy świadkami rozważań nad naturą dobra i zła, relatywizmem moralnym czy etycznymi implikacjami (usprawiedliwionego nawet) zabójstwa. Nic nie przeszkadza jednak cieszyć się Malazańską księgą poległych po prostu jako jednym z najlepszych cyklów fantasy w historii gatunku.

Autor: Dagmara 

Jeśli podobał ci się tekst, kliknij "Lubię to" lub podziel się wrażeniami w komentarzu.



20 marca 2012

CthulhuTech - recenzja

Twórczość Lovecrafta serwowano nam już w różnych wersjach. Przedwieczni pojawiali się u boku Drakuli, Holmesa i wkraczali w wiele innych światów. Powstawały (mniej lub bardziej udane) próby łączenia Zewu Cthulhu z innymi konwencjami na potrzeby nowych systemów fabularnych, rzadko jednak przynosiło to zamierzony skutek. Dzisiaj chciałbym przybliżyć tytuł, który jest jedną z udanych mutacji Mitów Cthulhu. Pomimo tego, że gra ta nie należy już do nowości wydawniczych, warto poświecić jej chwile uwagi. Z wyciągniętymi mackami przywitajmy więc CthulhuTech.

System ten nie jest pierwszą próbą przeniesienia mitów w przyszłość. Jednak po raz pierwszy nienazwane i nieopisywalne monstra ukazano w konwencji bardziej mangowej. CthulhuTech to gra fabularna dziejąca się w odległej o kilkadziesiąt lat przyszłości, nękanej nieustanną wojną z wyznawcami Wielkich Przedwiecznych oraz grzybami Mi-go. Ludzkość jest w stanie wytrwać w tej nieustannej konfrontacji dzięki olbrzymiemu postępowi technicznemu i okultystycznemu, który doprowadził do powstanie niewyczerpanego źródła energii i stworzenia olbrzymich robotów, mechów a z czasem nawet ich na pół-biologicznych odpowiedników engeli (coś jak Evangeliony) 

Wszystko zaczęło się od przełomu w nauce dotyczącej geometrii nieeuklidesowej. Nowa dziedzina nauki, arkanotechnologia (skrzyżowanie okultyzmu z techniką), doprowadziła do stworzenia wynalazku, który zmienił wygląd całego świata. W roku 2033 upubliczniono niemal nieskończone źródło energii, natomiast trzy lata później udoskonalono technologię antygrawitacyjną. 

Wszystkie największe wynalazki ludzkość zawdzięczała Ashcroft Fundation, korporacji, która w niedługim czasie zdominowała świat. Już kilkanaście lat później potrzeby zbrojeniowe nowej, zimnej wojny przyczyniły się do powstania mechów, potężnych robotów bojowych. Niestety tym samym nasz gatunek osiągnął na tyle wysoki poziom rozwoju, że zaniepokoiło to znaną z twórczości Lovecrafta rasę grzybów Mi-go.

Obcy byli na tyle zdenerwowani, iż stworzyli cały nowy gatunek istot, zwanych Nazzadi, tylko po to by posłużyć się nimi, jako żołnierzami w walce z ludzkością. Ta nowo stworzona rasa podobna była do ludzi, jednak skóra ich była zupełnie czarna a psychika u kierowana genetycznie ku dumie i wojowniczości.

Nazzadi nie znali jednak prawdy o swoim powstaniu i pojono ich sztuczną propagandą naświetlającą ludzi, jako ich największych wrogów. Prawdę znali jedynie Mi-go oraz generałowie Nazzadi. W roku 2059 wybuchła pierwsza wojna arkanotechnologiczna. W odpowiedzi na to nowe zagrożenie zmienia zjednoczyła się, stworzyła wspólny front i rząd by odeprzeć najeźdźców. 

Kto wie jak potoczyły by się dalej losy gdyby nie to, że Nazzadi postanowili ostatecznie sprzymierzyć się z ludźmi i zwrócić się przeciwko swoim twórcom, ujawniając tym samym wiele tajemnic nie dostępnych dotąd dla rasy ludzkiej. Pokój nie trwał jednak długo i w roku 2074 wybuchła kolejna wojna, tym razem bezpośrednio z rasą Mi-go. 

W tym samym czasie zaczęły o sobie dawać znać kulty Wiecznych Przedwiecznych. Przybrały one postać zbrojnych organizacji walczących o dominację nad światem.  Największe z kultów to Esoteric Order of Dagon oraz Disciples of the Unnamable. Tym samym rozpoczął się najnowszy konflikt zbrojny Aeon War, w trakcie którego wszyscy walczą na trzy fronty a ludzkość zmuszana jest do tego by cofać się coraz głębiej w głąb swych terytoriów.

W takim właśnie świecie przychodzi grać postaciom bohaterów. Całość można by określić skrzyżowaniem Zewu Cthulhu z cyberpunkiem i mangą lub anime Neon Genesis Evangelion. Grać można jedną z siedmiu klas postaci: pilotami mecha lub engela, szpiegiem, żołnierzem, okultystą lub tajemniczym Tagerem . Ci ostatni stanowią symbiotyczne połączenie człowieka z jakimś potworem z mitów (jest to chyba najciekawsza z możliwych postaci) i pracują dla tajnego stowarzyszenia The Eldricht.

Minusem takiego podziału postaci jest to, iż trzeba z góry zaplanować jeden tor dla kampanii. CthulhuTech najlepiej sprawdza się, jeśli wszyscy gracze będą pilotami, lub tez każdy z nich będzie Tagerem. Pozostałe postacie mogą być użyte w szerszej gamie scenariuszy, jednak stają się bezużyteczne, gdy dochodzi do starć wojennych i bitw z potworami (bezużyteczne w porównaniu do bohatera sterującego olbrzymim robotem i walczącego z równie wielką kupą ociekających śluzem macek). 

Mechanika opiera się na kościach k10 i ustalaniu poziomu trudności akcji. Po rzucie kośćmi wybiera się najwyższy wynik albo sumę kostek, na których wypadła taka sama liczba. Wielokrotność jedynki może prowadzić do krytycznego pecha (który jednak występuje moim zdaniem zbyt często).

Podręcznik główny przedstawia bardzo dużo informacji na temat historii świata, społeczeństwa Nazzadi oraz oczywiści mechów. Ciekawy jest także rozdział poświęcony Tagerom i ich mocom. Niestety zauważalny jest brak jakichkolwiek większych ( a nawet mniejszych) informacji na temat społeczeństwa ludzkiego i tego jak wygląda normalne Życie pod presją ciągłej wojny. Jest to dość Duży minus, gdyż nie wiemy nawet jak wygląda codzienna rzeczywistość mieszkańców tego świata.
 
CthulhuTech doczekał się kilku edycji różniących się nieznaczne od siebie. Niezmiennie okładkę zdobi fenomenalna ilustracja (która jako pierwsza przyciągnęła mnie do tej gry), również wewnątrz podręcznika rysunki utrzymują wysoki poziom. W zależności od edycji wnętrze CthulhuTech jest w pełni kolorowe lub czarno-białe. Strony ozdobione są ciekawymi motywami, które uprzyjemniają lekturę podręcznika. Oczywiście w środku znajdziemy mnóstwo mangowych ilustracji przedstawiających wielkie roboty i rozmaite, obrzydliwe bestie.
CthulhuTech to ciekawa gra, z którą warto się zapoznać, nawet jeśli nie będziemy w nią grać ani jej prowadzić. Podręcznik sam w sobie stanowi ciekawa lekturę. Minusem są spore braki w informacjach zawartych w podstawce, które uzupełnione zostały dopiero w dodatkach oraz stosunkowo wysoka cena. Polecam CthulhuTech, jako ciekawostkę i udana hybrydę mitów Cthulhu w bardziej heroicznym i lekkostrawnym podejściu.

PLUSY: 
Ciekawy świat
Mity Cthulhu
Mechy
Mieszanka okultyzmu z technologią

MINUSY:
Dziury w informacjach na temat świata
Cena
Niedociągnięcia w mechanice

 Autor: M.K.
Oficjalna strona gry CthulhuTech
Grę zakupić można tutaj 

Jeśli podobał ci się tekst, kliknij "Lubię to" na stronie głównej lub podziel się wrażeniami w komentarzu.

16 marca 2012

Ectaco JetBook Color - recenzja

Ectaco JetBook Color to pierwszy na rynku kolorowy czytnik książek elektronicznych oparty na technologii E-Ink. Urządzenie to zadebiutowało już w zeszłym roku, jednak dostępne było jedynie na terenie Rosji, gdzie sprawdzano czy czytnik ten mógłby znaleźć zastosowanie w edukacji, wyniki były obiecujące. W związku z tym kilka miesięcy później firma Ectaco wypuściła na rynek wersję anglojęzyczną.

W tej chwili JetBook Color posiada wsparcie dla kilku języków w m.in.: rosyjski, angielski, hiszpański, portugalski, niemiecki oraz kilka innych. W przyszłości ta lista ma się powiększyć między innymi o język polski. Odczytuje standardowo pliki formatów: PDF, ePub, Mobi, PRC, RTF, TXT, FB2, djvu, JPG, Gif, PNG, BMP.  Zaznaczyć też trzeba, iż urządzenie to zdobyło prestiżową nagrodę w dziedzinie innowacji edukacyjnych, Innovation Award Winner na targach CES 2012.

Recenzje przedstawiam dopiero teraz a nie zaraz po zakupie, ponieważ wiele z zapowiadanych opcji było niedostępnych. Pojawiały się też liczne błędy przeszkadzające w użytkowaniu. Na szczęście naprawiono dużą cześć z nich w pierwszej większej aktualizacji (druga planowana jest na pierwszego kwietnia). Teraz wreszcie JetBook Color może zacząć pokazywać swoje możliwości.

Wyświetlacz.

Podstawową i najbardziej reklamowaną cechą czytnika jest możliwość wyświetlania kolorów. Nie należy się jednak spodziewać barw takich jak na ekranie monitora LCD. Kolory są przytłumione, pastelowe i wpadają w odcienie szarości, nie mniej są i widać je. Najlepiej dostrzega się barwy jeśli czytamy dokument z jasnym tłem i wyraźnymi rysunkami o dużym kontraście i mocnym nasyceniu koloru. JetBook Color powoli zaczyna nadawać się do pracy z kolorowymi materiałami takimi jak podręczniki biologii, albumy i tym podobne. 

Obraz wciąż jednak nie jest idealny i czytniki E-Ink czeka jeszcze długa droga, aby mogły konkurować z barwami uzyskiwanymi na podświetlanych ekranach. W przypadku JetBook Color wydaje mi się, że kolory byłyby bardziej widoczne gdyby tło samego wyświetlacza było jaśniejsze.
Drugi ważny parametr ekranu to wielkość, w przypadku tego czytnika jest to przekątna 9,7 cala i rozdzielczość 1600x1200. Wydawać by się mogło, że nie jest to duża różnica w stosunku na przykład do Kindla DX i jego 9 cali. Jednak zmiana wielkości jest widoczna i odczuwalna. 


Sam zawsze szukałem czytników o większym wyświetlaczu, ze względu na rodzaj materiałów, które chciałem na nich czytać. Często są to skany książek wielkością zbliżone do A4 w formacie PDF, albumy, kolorowe podręczniki do gier fabularnych albo komiksy. Ectaco JetBook Color wreszcie wydaje się być w miarę satysfakcjonujący.

Urządzenie to świetnie sprawdza się przy czytaniu mang lub komiksów zapisanych w formacie JPG lub PDF. Próbowałem zeskanować kilka stron i następnie obejrzeć je na czytniku. Najlepsze efekty uzyskałem w przypadku komiksów takich jak Kajko i kokosz albo Asterix. Doskonale pasują też wielkością popularne tytuły wydawane przez Marvel’a lub DC, również stripy komiksowe takie jak Garfield, czy Dilbert. Barwy oczywiście nie są tak wyraźne jak w oryginałach, są jednak widoczne, co zwiększa komfort czytania. 

Ekran nie jest niestety pozbawiony wad. Jego największym minusem jest kolor tła. Zbliżony odcieniem do czytników starej generacji co sprawia, że jest po prostu dość ciemny. Gdyby był jaśniejszy może i kolory były by wyraźniejsze.  Nie da się ukryć, że ekran tego czytnika to za razem wielki plus jak i nieco minusów. 

Obudowa

Jak już wspomniałem obudowa pierwszej partii wyprodukowanych urządzeń jest biała. Jednak informacja na pudełku zapewnia, iż ma pojawić się wersja czarna, co mogłoby minimalnie zmniejszyć wspomniany kontrast w stosunku do ciemnego ekranu. Poniżej wyświetlacza znajduje się czarny pasek ze srebrnymi przyciskami funkcyjnymi. Kontrolują one między innymi poruszanie na boki oraz w górę i dół, cofanie, wywoływanie menu i potwierdzanie. W zależności od momentu, w którym je użyjemy, ich funkcje mogą się nieco różnić.

Obudowa jest solidna, dużo trwalsza niż w przypadku produktu Amazon’u. Nie ma żadnych luzów ani odstających elementów. JetBook Color jest odrobinkę cięższy i grubszy od Kindla DX. Jednak ze względu na inne umiejscowienia przycisków zmiany strony trzyma się go chyba wygodniej. U dołu obudowy znajdują się wejścia na słuchawki, kartę pamięci, wejścia USB i mini USB, przycisk reset, włącznik, przycisk Wi-Fi oraz głośniki. U góry schowany jest stylus do pisania, a tył obudowy pokrywa niebieskie tworzywo fakturą imitujące skórę, zapewniające jednak dobry uchwyt. 

Oprogramowanie

W przeciwieństwie do większości czytników JetBook Color posiada coś, co rzeczywiście można by nazwać uproszczonym systemem operacyjnym. Ma to oczywiście zalety i wady. Wśród minusów pierwsza rzecz rzucająca się w oczy to stosunkowo długi czas włączania  urządzenia. Nie trzeba jednak uruchamiać go za każdym razem, można zostawić JetBooka w trybie czuwania, niepowodującym dużego zużycia baterii. 

Nie należy jednak zapominać, że głównym założeniem tego urządzenia były cele edukacyjne. Dlatego długi okres włączania usprawiedliwiony jest zawartością menu i możliwościami czytnika. Poza standardową biblioteką książek są także okienka pozwalające na przejście do ostatnio czytanych pozycji, ustawienia, okno audiobooków i muzyki, języka i gier, Oxford Reading support, matematyka i nauki ścisłe oraz kursy i zadania domowe. 

Wewnątrz tych katalogów znajdują się między innymi aplikacje pomocne w nauce języków obcych. Jak na razie są to kursy angielsko-hiszpańskie lub angielsko-rosyjskie (w zależności od wersji oprogramowania). Mamy więc słowniki obrazkowe, krzyżówki językowe, rozmówki, naukę wymowy (napisy + audio), słowniki i wiele innych. Z ciekawostek, wśród gier znajduje się sudoku.

Przyznaję, że większości z tych aplikacji, nie poświęciłem zbyt wiele czasu, skupiałem się głównie na możliwościach związanych z czytaniem książek. Warto jeszcze zaznaczyć, że poza kursami językowymi, w pamięci czytnika znajdziemy też proste materiały z zakresu matematyki, biologii, czy geografii, wydaje mi się, że wszystkie na poziomie szkoły podstawowej. JetBook Color (albo podobne urządzenie) znalazłby moim zdaniem zastosowanie w domu, w którym jest anglojęzyczne dziecko (lub uczące się angielskiego), chodzące do szkoły podstawowej. Czytnik ten posiada również funkcję współpracowania z podobnymi urządzeniami w ramach prowadzenia zajęć, nauczyciel – uczniowie. Jednak nie znam szczegółów i nie mogłem tego wypróbować, ponieważ nie mam dostępu do większej ilości egzemplarzy tego urządzenia. 

Powracając do głównej funkcji, czyli czytania. Katalogi w bibliotece możemy spokojnie tworzyć z poziomu komputera, do którego podpięty jest czytnik, nie tylko z poziomu samego czytnika, jak to czasem bywa. Wszystko będzie się otwierać i pliki będą widoczne. Na start dostajemy darmowo 50 książek z klasyki literatury, w tym Baśnie Ezopa, Znak czterech Conan Doyla, czy Drakule Stokera, wszystko w wersji angielskiej. 

Sporym plusem jest dla mnie automatyczne odczytywanie okładek wgranych tytułów. Ectaco JetBook Color od razu tworzy miniatury okładek książek wgranych do biblioteki. Zaznaczyć też trzeba, że wszystko domyślnie opisane jest naprawdę dużą, soczystą czcionką. Poszczególne pozycje w katalogu są wyraźne i można je odczytać bez najmniejszego problemu, nawet z pewnej odległości. Jeśli mamy dużo książek w bibliotece, przydatne jest tworzenie podkatalogów lub nawigacja za pomocą stylusa, znacznie szybsza i wygodniejsza od wybierania wszystkiego klawiszami. 

Czytając książkę za pomocą przycisku menu wywołujemy polecenia pozwalające na wyszukiwanie tekstu, przeskoczenie do danej strony, otwarcie spisu treści, tworzenie i otwieranie zakładek, powiększenie, wybór języka wyświetlanej książki, syntezator głosu (niestety fatalny), wybór trybu stylusa, zmianę czcionki oraz interlinii, korektę rozstawienia oraz pomoc. To jakie opcje są wyświetlone, zależy od formatu przeglądanego pliku. Dodatkowo klikając piórkiem prawą końcówkę ekranu wywołujemy kolejne mini menu, pozwalające na szybkie nawigowanie między stronami i kilka innych opcji.    

Kolejną mocno reklamowaną cechą czytnika jest stylus i możliwość swobodnego tworzenia notatek na tekście. Ta opcja sprawdza się bardzo dobrze. Dość często czytam i pracuję na plikach w formacie PDF. Za pomocą stylusa można swobodnie podkreślać tekst, pisać, czy rysować. Wszystko jest zapisywane bezpośrednio na pliku, w którym pracujemy kilka sekund po tym jak odsuniemy piórko od ekranu. Można w ten sposób edytować pliki formatu PDF i djvu. 

 
JetBook Color nie jest oczywiście bez wad. Wspomniałem już o ciemnym ekranie i długości uruchamiania się urządzenia. Niestety czas, jaki zajmuje obracanie stron też nie jest najlepszy. Jednak co zauważyłem, czytnik nie zwalnia bardzo nawet przy dużych plikach PDF i otwiera większość nawet tych nowych z licznymi warstwami. 

Również bateria pozostawia wiele do życzenia. Nie wiem, czy to ze względu na oprogramowanie, obsługę stylusa, czy rodzaj wyświetlacza, ale bateria trzyma krócej niż w produktach konkurencji. Dodatkowo energię zużywa obsługa Wi-Fi i nieznacznie też podłączenie dodatkowej karty pamięci. Irytująca jest również obecność niebieskiej diody, sygnalizującej różne akcje. Nie dość, że rozprasza ona użytkownika, to jeszcze na pewno nie pomaga baterii.  

Dobry czytnik, lecz nie dla każdego

JetBook Color to na pewno nie jest urządzenie dla każdego. Ze względu na wysoką cenę, 500-600$, lub ok. 1900/2000 zł, na pewno nie trafi do tylu odbiorców, co znacznie tańsze czytniki Amazona, Sony, czy innych firm. Nie jest to jednak bubel. Może on spokojnie znaleźć zastosowanie u osób zajmujących się edukacją, czytających artykuły naukowe, pliki PDF w dużym formacie. Nadaje się do przeglądania czasopism, podręczników do gier fabularnych, komiksów i mang. W tych rolach spełnia się świetnie. 

Nie sądzę też, żeby JetBook Color został opuszczony przez twórców, Firma Ectaco ma dość dobrą historię aktualizacji swoich produktów i sam zostałem zapewniony o pracy nad niektórymi, wciąż istniejącymi problemami. Z czasem pojawi się między innymi opcja zmiany pozycji ekranu na horyzontalną, prawdopodobnie też będzie można zablokować wybrany poziom powiększenia (tak, aby zastosowany był do każdej strony w dokumencie) oraz zapewne wiele innych. 

Mam nadzieję, że powyższa recenzja przyda się wam. Na pewno nie opisałem wszystkich aspektów urządzenia, więc jeśli macie jakieś pytania, lub komentarze, chętnie ustosunkuję się do nich i jeśli będę w stanie udzielę odpowiedzi. Dodam jeszcze, że firmowo urządzenie dostarczane jest z niezłym etui. Jest ono trwałe i pozwala na zamocowanie czytnika w miejscu, dobrze też spełnia rolę ochronna. 

Edit: W aktualizacjach zajęto się kilkoma problemami, czytnik nieco przyśpieszył, zmniejszono problem "echa" poprzednich stron oraz dodano funkcję zmiany widoku na Horyzontalną. Wprowadzono też wygaszacz, blokadę ekranu, nowe języki i wiele dodatkowych funkcji.

 Poniżej jeszcze kilka zrobiony prze zemnie film prezentujący JetBook Color w akcji. 


Autor: Marcin Kaleta

Czytnik można zamówić na polskiej stronie Ectaco tutaj. 
Jeśli podobał ci się tekst, kliknij "Lubię to" na stronie głównej lub podziel się wrażeniami w komentarzu.





13 marca 2012

Space Hulk: Death Angel PL - gra karciana

Space Hulk: Anioł Śmierci to kooperacyjna, niekolekcjonerska gra karciana inspirowana słynną grą planszową Space Hulk. Obie te produkcje osadzone są w świecie Warhammera 40.000,  a ich akcja ma miejsce na pokładzie olbrzymich kosmicznych wraków. Do jednego z tych starożytnych i zniszczonych statków zostaje wysłana drużyna uzbrojonych po zęby Kosmicznych Marines. Okazuje się jednak, iż okręt znalazł już nowych, śmiertelnie groźnych lokatorów, Genokradów. 

Gra ta ma stanowić mniejszą, szybszą i tańszą alternatywę dla wspomnianego wcześniej oryginalnego Space Hulk’a. W stosunkowo niewielkim, ale za to porządnie przygotowanym pudełku znajdziemy 128 kart, żetony wsparcia, znaczniki drużyn, kostkę oraz instrukcję, wszystko to za relatywnie niską cenę oscylującą w okolicach 80 złotych.

Wykonanie jak przystało na Fantasy Flight stoi na wysokim poziomie. Wszystko jest z dobrego papieru, grafiki są interesujące a żetony sporządzone zostały z grubej tektury. Polska wersja językowa gry nie odbiega wiele od oryginału. 

Zasady rozgrywki opisane są w niewielkiej 32 stronnicowej instrukcji. Niestety moim zdaniem jest ona opracowana dość chaotycznie, co utrudnia zapoznanie się z regułami gry. Zasad jest dość sporo i trzeba zagrać raz lub dwa aby wszystkie opanować. Dodatkowo wiele kart ma własne unikalne zdolności wpływające na rozgrywkę. Zaznaczyć również należy na początku, że Space Hulk: Anioł Śmierci to gra mocno losowa i moim zdaniem najlepiej sprawdza się w przypadku jednego lub ewentualnie dwóch graczy. 

W grze obejmujemy kontrole nad drużynami Kosmicznych Marines, które muszą przedzierać się przez kolejne pomieszczenia odpierając ataki Genokradów, aż dotrą do ostatniego sektora statku. W każdym z pomieszczeń gracze będą na nowo atakowani przez roje obcych. Dane pomieszczenie będzie można opuścić dopiero po zabiciu odpowiedniej ilości przeciwników albo (rzadko) spełnieniu jakiegoś określonego warunku. 

Każda runda składa się z czterech faz, w trakcie których wybieramy jakich kart użyjemy w danej turze, następnie rozpatrujemy ich efekt, po czym odpieramy atak Genokradów. Tura kończy się wyciągnięciem karty wydarzeń, która wprowadza nowe elementy, rozmnaża oraz pozwala na ruch obcych na terenie danego pomieszczenia. 

Marines przez cały czas ustawieni są w szyku, z góry na dół i cześć z nich zwrócona jest w lewą, a cześć w prawą stronę. Postacie mogą atakować tylko tych przeciwników zwróconych w tą samą stronę co oni. Walka odbywa się za pomocą rzutu specjalną, sześciościenną kostką, której wynik decyduje o życiu lub śmierci danej postaci kontrowanej przez gracza. 

Właśnie te rzuty kostką są jednym z największych losowych elementów w grze. Zarówno zabić jak i zostać zabitym jest bardzo łatwo, wszystko zależy bowiem od szczęścia. Trochę nieco pomocne bywają w walce żetony wsparcia, pozwalające powtórzyć nieudany rzut. Marines mają także pewną przewagę, gdyż niektórzy z nich mogą atakować bardziej oddalonych od siebie przeciwników, natomiast Genokrady muszą znajdować się przy postaci aby ją zaatakować.

Dodatkowy element losowości wprowadzany jest przez karty wydarzeń, które potrafią przekreślić nawet najlepszą taktykę. W ułamku sekundy może okazać się, iż ilość Genokradów zwiększyła się nawet kilkukrotnie i właściwie nie ma szans by z nimi wygrać. 

Space Hulk: Anioł Śmierci przypomina nieco inny recenzowany wcześniej tytuł, Ghost Stores. Tutaj też zwycięstwo lub przegrana zależy zwykle od szczęścia. Najczęściej jeśli już wygramy to i tak okazuje się, iż pozostał nam do dyspozycji już tylko jeden albo dwóch marines. 

Rozgrywka byłaby również bardziej ciekawa gdyby twórcy urozmaicili ją o więcej kart pomieszczeń. Te zawarte w wersji podstawowej szybko się nudzą i nie pozwalają na rozegranie wielu unikalnych wariantów.


Space Hulk: Anioł Śmierci ma jednak potencjał. Jest to niezła gra zwłaszcza dla jednego gracza, a takich tytułów brakuje na naszym rynku. Produkcja ta otwiera też duże możliwości osobom lubiącym bawić się w tworzenie własnych kart. Już teraz można w Internecie znaleźć różne przykłady nowych postaci lub akcji stworzonych przez graczy. Również na oficjalnym forum gry, można odnaleźć wiele alternatywnych zasad i proponowanych zmian oraz rozszerzeń w do mechaniki.

Autor: M. K.

Jeśli podobał ci się tekst, kliknij "Lubię to" na stronie głównej lub podziel się wrażeniami w komentarzu.

PLUSY:
Dobre wykonanie
Trzyma klimat Space Hulka
W miarę łatwo wprowadzić modyfikacje


MINUSY:
Duża losowość
Mało pomieszczeń
Przydałoby się więcej różnorodnych przeciwników



9 marca 2012

Star Trek: The Needs of the Many

Star Trek ma rzesze fanów na całym świecie, nic więc dziwnego, że przemysł komputerowy nie jeden już raz próbował wykorzystać wizję tego uniwersum. W roku 2010 kolejną taką próbą było stworzenie sieciowej gry mmo Star Trek Online. Wraz z premierą gry pojawiło się wiele form jej promocji, jedną z nich było napisanie i wydanie książki sygnowanej nazwą Star Trek Online: The Needs of the Many, autorstwa Michaela Martina i … Jake Sisko.

Zdarzyło mi się już czytać kilka książek nawiązujących do Star Treka (obecnie jest ich chyba ponad 200), niestety pomijając wyjątki takie jak seria Destiny, nie tak łatwo znaleźć jakiś interesujący i dobrze napisany tytuł. Dlatego właśnie The Needs of the Many było dla mnie dużym zaskoczeniem.
Fabuła noweli osadzona została w przyszłości odległej o kilkadziesiąt ( i więcej) lat, od wydarzeń znanych z seriali. Świat zaczerpnięty został bezpośrednio z gry Star Trek Online, gdzie stworzono alternatywną linię czasu będącą amalgamatem serii telewizyjnych i najnowszego filmu kinowego. Przyszłość jest bardzo niestabilnym miejscem i Federacja Planet zmuszona jest do walki na wielu odmiennych frontach. Sama książka skupia się wokół zdarzeń związanych z wojną z rasą zwaną Undine lub inaczej Gatunek 8472, znaną z serii Star Trek Voyager. 

Zmagania z Undine przypominały nieco wojnę z Dominium, w obydwu przypadkach wiele osób zostało zastąpionych obcymi infiltratorami, którzy szerzyli chaos i zniszczenie od wewnątrz Federacji. Jednak Gatunek 8472 był w tym dużo bardziej przebiegły i subtelny niż zmiennokształtni przywódcy Dominium. Wojna pochłonęła wiele ofiar i zachwiała całym społeczeństwem Federacji, ucierpiała również sama Gwiezdna Flota, osłabiona już konfliktami z Borgiem i Imperium Klingońskim. 

Jak w tym wszystkim wygląda opisywana książka? Można by pomyśleć, że logicznie byłoby napisać epicką opowieść o intrydze, walce i poświęceniu w imię dobrych ideałów. To jednak żadna nowość, autor podszedł więc do zadania w zupełnie inny sposób. Star Trek Online: The Needs of the Many napisana została w formie kroniki zmagań stworzonej z wywiadów przeprowadzonych przez Jaka Sisko, syna kapitana Sisko z serialu Star Trek Deep Space Nine. Jest on również uwzględniony jako jeden z autorów na okładce samej książki. 

Jake na przestrzeni lat zbierał wiele informacji, wywiadów, spotkał różnorakie osoby, których doświadczenia z wojny (i nie tylko) postanowił zaprezentować w swojej najnowszej publikacji. Trzeba przyznać, że pomysł był bardzo ciekawy i pomimo tego, że na początku zaskoczył mnie i nieco odrzucił, okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie dość, że forma książki jest niezwykle oryginalna, to samą treść również napisano bardzo dobrze. Język trzyma równy, niezły poziom, a wywiady przedstawione zostały w ciekawy i przystępny sposób. 

Wśród osób udzielających wywiadów, znalazły się postacie nieznane wcześniej, często mające marginalny związek z wojną, prezentujące jednak unikalny punkt widzenia na ówczesne wydarzenia, jak i osoby dobrze znane fanom Star Treka. Ze znanych bohaterów pojawiają się admirał Janeway (wcześniej kapitan U.S.S Voyager), Emil Garak (z ST DS9), czy też nowy kapitan U.S.S. Entrerprise – zrekonstruowany android Data. Poza wywiadami The Needs of the Many zawiera również osobiste przemyślenia fikcyjnego autora i wnioski, do których doszedł obserwując otaczający go świat.
 
Na końcu książki znajduje się również kalendarium od daty gwiezdnej 2379 do 2409, opisujące w skrócie wszystkie ważniejsze zdarzenia. Jest to nawet dość interesująca lektura, dla osób lubiących świat Star Treka

Całość wydana jest przez Pocket Books w charakterystycznym niewielkim rozmiarze. Tytuł ten liczy ponad 400 stron zapełnionych czytelnym, mocnym drukiem. Wszystko czyta się szybko i z przyjemnością. Jeśli ktoś zna język angielski i jest fanem Star Treka to polecam Star Trek Online: The Needs of the Many z czystym sercem.  

Autor: M.K.
Jeśli podobał ci się tekst, kliknij "Lubię to" na stronie głównej lub podziel się wrażeniami w komentarzu.