Hobbit: niezwykła
podróż
Przyznaję, że na filmowego „Hobbita” czekałam z dużą niecierpliwością. Od
wielu miesięcy w Internecie aż roiło się od komiksów, komentarzy i memów
nawiązujących do zbliżającej się premiery. Biorąc pod uwagę bezprecedensową
niemal popularność adaptacji „Władcy pierścieni,” nie powinien dziwić fakt, że
filmu wyglądała rzesza wielbicieli charakteryzujących się niemal fanatycznym
oddaniem. Czy warto było czekać?
Uczciwość recenzencka w pierwszej kolejności zmusza mnie do
przyznania, że zarówno powieści J.R.R. Tolkiena, jak i ich filmowe adaptacje
towarzyszą mi od lat. Dość wspomnieć, że poza dwukrotnym zaliczeniem kinowego maratonu
filmowego wersji reżyserskich trylogii poszczególne części widziałam
kilkanaście razy. Mimo, że zaliczam się w poczet tolkienowskich fanatyków, postaram się w swojej recenzji zachować
zdrową dozę obiektywizmu. Jak więc prezentuje się „Hobbit” na tle monumentalnego, przełomowego pod
wieloma względami „Władcy pierścieni?”
Widzowie zaznajomieni z poprzednimi adaptacjami Petera
Jacksona od razu zwrócą uwagę na poważną, wyraźnie odczuwalną zmianę w filmowej
konwencji. Już od pierwszych scen widoczne jest niejakie przesunięcie akcentów −
od bardziej podniosłego, poważniejszego high
fantasy w kierunku bardziej baśniowym. To obniżenie „ciężaru gatunkowego”
produkcji daje widzom odczuć, że książkowy pierwowzór powstawał z myślą o
młodszym czytelniku. W praktyce przekłada się to na większą liczbę scen lżejszych
i typowo humorystycznych − przy czym zaznaczyć należy, że humor sytuacyjny
„Hobbita” nie jest przesadnie wyrafinowany. „Niezwykła podróż” obfituje
jednocześnie w sceny podszyte subwersją, które rozbawią każdego znawcę
fantastyki, z łatwością poruszającego się wśród gatunkowych klisz. Najlepszym
przykładem jest posługujący się nienaganną angielszczyzną (Wspólną Mową?) Król
Goblinów.
Wspomniane przesunięcie akcentów nie oznacza jednak, że w
filmie zabrakło dramatyzmu czy epickich scen batalistycznych. W końcu są to
znaki firmowe zarówno Tolkiena, jak i producenta widowiskowych adaptacji −
Petera Jacksona. Spragnieni mocnych wrażeń nie mają powodów do narzekania −
„Hobbit” to bardzo dynamiczna sekwencja mniejszych i większych zbrojnych
potyczek, pościgów, i zmagań z niebezpieczeństwem różnorakiej maści. Gwoli
ścisłości warto wspomnieć, że w porównaniu do „Władcy pierścieni” fabuła jest
mocno uproszczona, a konflikty odznaczają się nawet bardziej czarnobiałą
moralnością.
Na próżno szukać w „Hobbicie” jakiegokolwiek relatywizmu czy
głębszej refleksji. Schemat rozwiązywania dramatycznych sytuacji również został
sprowadzony do przewidywalnego deus et
machina ( czy może raczej Gandalf ex
machina?). Osobom, które chciałyby to potraktować jako wadę filmu, chciałam
jednak przypomnieć, że tak dosłowne potraktowanie symboliki fantasy jest jak
najbardziej zgodne z duchem tolkienowskiego oryginału. Nieuchronnie wynikająca
z tego faktu przewidywalność fabuły jest po prostu częścią konwencji.
Słowa uznania należą się producentom za stronę wizualną
filmu. Mimo, że praca kamerzystów, charakteryzatorów i twórców efektów
specjalnych niczego nie rewolucjonizuje, pozostaje na wysokim poziomie. Na
uwagę zasługują projekty nowych postaci.
Zwłaszcza paskudy Azog: Blady Ork to ktoś, kogo widzę na plakacie
motywacyjnym pod tytułem: meet the deadline! Zdjęcia autorstwa Andrew Lesnie
(„Władca pierścieni,” „Jestem legendą,” „Geneza planety małp”) wciąż robią
wrażenie, podobnie jak znane z poprzednich adaptacji nowozelandzkie krajobrazy.
Opisując wrażenia wizualne nie sposób nie wspomnieć o
technologicznej innowacji na światową skalę: „Hobbit” został nakręcony w
szybkości 48 klatek na sekundę (a nie w standardowej dotychczas szybkości 24
klatek/s.) Efekt najbardziej docenią widzowie, którzy „Niezwykłą podróż”
obejrzą w 3D − wyraźnie poprawia to płynność i naturalność ruchu na ekranie (przez
wzgląd na odczuwalnie lepszą synchronizację obrazu dla obu oczu). Warto również
wspomnieć, że w jednym z wywiadów Peter Jackson zaznaczył, przy tworzeniu
adaptacji „Hobbita” chce jak najrzadziej korzystać z animacji komputerowej.
Faktycznie, nie uświadczymy jej w filmie zbyt wiele; nie uważam jednak, by było
to wadą. Zwłaszcza, że najwyraźniej budżet w tej kwestii był mocno ograniczony
− smok Smaug, który na dłuższą chwilę pojawia się na ekranie w jednej z
początkowych sekwencji, jest zaledwie mało wyraźnym cieniem na niebie. Z
przykrością muszę przyznać, że smoki w „Skyrimie” robią o wiele większe
wrażenie.
Reasumując: film „Hobbit: niezwykła podróż” można
potraktować w kategorii solidnego produktu, który spełnia oczekiwania
konsumenta, wykorzystując sprawdzoną formułę. Nie jest przecież niczym więcej,
jak tylko prequelem opartym na tych samych pomysłach, które spodobały się we
„Władcy.” Jeśli jednak nasze oczekiwania nie obejmują głębokiej, mrocznej
fabuły i rewolucyjnych rozwiązań, wyjdziemy z kina zadowoleni. Nie sposób
powstrzymać uśmiechu, kiedy na ekranie trzy trolle kłócą się o przyprawy, czy
kiedy krasnoludy urządzają typowo akademikową imprezę w domu Bilba.
Charyzmatyczny Thorin z kolei sprawi, że chcąc nie chcąc zaczniemy kibicować
potomkom Durina w ich lekkomyślnej wyprawie. W kinie przez chwilę czułam się
jak dziecko, któremu opowiada się arcyciekawą bajkę − nie mogłam oderwać oczu
od ekranu. Trzy godziny niezobowiązującej rozrywki to gwarancja dobrej zabawy
dla wszystkich, którzy tego właśnie od „Hobbita” oczekują.
W podsumowaniu nie sposób pominąć kwestii dla wielu bardzo
ważnej, jaką jest rozpisanie trzystustronicowej powieści na filmową trylogię.
Podobnie jak w przypadku „Władcy pierścieni,” i tutaj znajdziemy sceny dodane
przez scenarzystów. Osobiście uważam, że dobrze uzupełniają fabułę, pozostając
w zgodzie z ogólną atmosferą przeniesionego na ekran tolkienowskiego świata.
Puryści jednak mogą narzekać, twierdząc na przykład, że książkowa fabuła
spokojnie dałaby się zamknąć w jednym filmie. Dyskusja o tym, czy warto do kina
wybrać się trzy razy, już dawno rozgorzała na forach internetowych. Ja pójdę z
przyjemnością!








